piątek, 24 maja 2013

Rozdział VII

Wstałam gwałtownie, w która stronę poszedł? Wołałam jego imię ale to na nic. Zaczęłam biec przez pastelowe trawy w odcieniach bladego różu, błękitu i jaśniutkiego, prawie białego turkusu. Trawa była niczym puch. Poczułam niezwykłą siłę w nogach, biegłam tak szybko jak się dało przed siebie. Krzyknęłam raz jeszcze jego imię. Zobaczyłam, że z boku jest ścieżka. Na pewno tam poszedł. Na pewno. Skręciłam błyskawicznie i pognałam w lasek o wysokości maksymalnie 4 metrów każde drzewo. Ale nie był to byle jaki lasek. Wielkie, pokręcone, rudobrązowe drzewa wiły się we wszystkie strony. U ich czubków świeciły światełka przypominające żaróweczki. Naprawdę żałuję, że nie mam aparatu. Ziemia pod nogami zaczęła zmieniać się z pastelowej trawy na mocny granat. Granulki ziemi nie przypominały w niczym granulek brązowej ziemi na Ziemi. Gdzie ja jestem? Zabłądziłam? Złapałam się za głowę i zaczęłam myśleć jak on. Albo przynajmniej poczuć wewnętrzny instynkt i wydostać się z tego cholernego lasku. Biegłam ile sił w nogach kilka kilometrów aż wybiegłam chyba po jego drugiej stronie. Ale dziwne bo tutaj wcale się nie męczę. Wpadłam w mury pięknego miasteczka. Wszystko było tutaj takie śliczne, jak z bajek. Przystanęłam na chwilę by nacieszyć oczy tym widokiem. Domki wyglądały jak z porcelany. Brakuje tutaj tylko porcelanowych laleczek z długimi włosami i wielkimi oczami których zawsze się bałam. Cholera, gdzie on może być. Szłam przez wąziutkie uliczki aż mignął mi przed oczami i zaczął uciekać. Pognałam za nim. Skąd we mnie taka szybkość? A tak, zapomniałam. Ja też jestem aniołem. Tylko wybrakowanym. Jak widać nie aż tak wybrakowanym. Złapałam go od tyłu za koszulkę i szarpnęłam do tyłu aż się wywrócił. Wykorzystałam sytuację i usiadłam na nim przyciskając łydki na jego biodrach. Obydwoje lekko dyszeliśmy. Biegliśmy tak szybko że nie sposób choć trochę się nie zmęczyć. Miał zamknięte oczy i nagle otworzył je posyłając mi węże spojrzenie pełne jadu i nienawiści. Rękami przytrzymałam mu ramiona.
- Dlaczego mi to robisz? - syknął. - Zejdź ze mnie.
- A dlaczego ty mi to robisz, co? - Przymrużyłam oczy z wściekłości. Miałam ochotę dać mu w twarz,
- No dalej, zrób to – powiedział groźnie zarazem podśmiewając się. Obrócił lekko policzek jakby przygotowywał się na uderzenie.
Pchnęłam go mocniej o ziemię i wstałam. Usiadłam obok na suchej ziemi, byłam cała okurzona przez piach. Prychnęłam ze złości.
- Idź do diabła
- Kruku, uważaj czego sobie życzysz – Podniósł się błyskawicznie i usiadł naprzeciwko mnie. Zadrwił sobie ze mnie. Chociaż trochę w tym prawdy.
- Jakie tajemnice jeszcze przede mną skrywasz, he? - machnęłam lekceważąco ręką i popatrzyłam na bok. Czułam że moje włosy ani trochę nie przypominały już tego pięknego warkocza, który zaplotła mi mama, tylko jakieś jedno wielkie nieporozumienie. Chyba rozerwałam kawałek sukienki na dole. Milczał. Nie odzywał się. Zerknęłam a on patrzył się we mnie surowo.
- Nie powinno cię tutaj być, nie możesz...
- A jednak mogę! Znam już prawdę. Zapomniałeś? - teraz to ja zadrwiłam.
- Wstawaj. Zawiozę cie do domu. - Wstał i otrzepał się z kurzu. Wokół nas jeszcze lekko się unosił.
- Może to i dobrze – zignorowałam jego rękę i sama wstałam. Przyciągnął mnie do siebie za kurtkę mocnym ruchem i teraz przywierałam do niego. Ze złością pocałował mnie bardzo mocno. Szczęka zabolała mnie od zachłannego pocałunku.
- Kocham cię i nienawidzę jednocześnie. - Powiedział ostro ale stonowanym głosem.
- Przez ciebie tak to wszystko wygląda.- syknęłam
- A ty stwarzasz lekkomyślnością same problemy! - warknął
- Nie byłoby tego gdybyś powiedział mi prawdę. - podniosłam głos o oktawę
- Nie byłoby tego gdybyś mi ufała – powiedział twardo i zdecydowanie
- Nie byłoby tego gdybym cie nie spotkała! - krzyknęłam
Zawahał się i odsunął jakby dostał policzek. Wziął mnie szybko na ręce. Trochę się awanturowałam, chciałam żeby mnie postawił ale trzymał nie tak mocno, że nie dałam rady. Z pleców wysunęły się ogromne, białe skrzydła. Zamachnął nimi aż cała sucha ziemia zawirowała koło nas jak podczas burzy piaskowej. Zaczęliśmy się unosić. Wyżej i wyżej. Byliśmy teraz jakieś 10 metrów nad ziemią. Oniemiałam. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego odgłosu. Nic. Chyba wyleciał wraz z całym krzykiem sprzed chwili. Ugrzązł w gardle. Wyparował.
Lecieliśmy tak w milczeniu a mi się chyba troszeczkę przysnęło. Trochę to chyba trwało zważając na odległość jaką przebyliśmy. Gdy otworzyłam oczy właśnie lądowaliśmy. Błękitne niebo poczerniało. Nawet nie wiem ile tutaj jestem..Mama! Mama będzie się martwić. Nie zadzwoniłam do niej po apelu z ''linii frontu''. Pewno się niepokoi
- Muszę zadzwonić do mamy, jak długo mnie nie ma? - podłapałam lekką panikę.
- Tutaj każda godzina mija jak minuta na Ziemi, dzięki temu nawet jeśli nie uważamy to i tak mamy oko na ludzi... - zacisnął usta w wąskim paseczku bez cienia uśmiechu. Popatrzyłam na niego ale on wpatrywał się w przestrzeń.
Zamachnął się kilka razy i postawił stopy na ziemi. Objął mnie pióropuszem białych skrzydeł. Teraz znajdowałam się jak w kokonie. Ręką dotknęłam uważnie białego piórka. W dotyku nie przypominało niczego na ziemi. Jakbym dotykała brzytwy i chmurki jednocześnie. Pospiesznie zabrał je i schował w sobie. Gdzie one mu się mieszczą? Stanęłam na ziemi, poprawiłam ubranie i rozejrzałam się. Było bardzo ciemno, ledwo co widziałam kontury.
- Gdzie jesteśmy – wyszeptałam
- Chodź za mną – odparł chłodno w mojej głowie.
Ruszył przed siebie twardym, odważnym krokiem. Podbiegłam do niego, muszę cały czas do niego dobiegać bo idzie tak szybko. Nie mogę się zgubić. Po chwili chodu w milczeniu doszliśmy do przejścia między Ziemią a Przeciwświatem.
- Gdy przechodziłam czułam się jakby wnętrzności odczepiły mi się od ciała i obijały się we mnie jak w worku. - próbowałam go zagadnąć. Spojrzał się tylko i wskazał przejście ręką.
- Ty pierwsza.- dodał bez cienia radości w głosie.
Spojrzałam raz na niego, raz na portal i zwątpiłam. Wtedy byłam tak naładowana pochopnością i impulsywnością, że nie pomyślałam jak to dokładnie jest. Spojrzałam jeszcze raz na niego i stanęłam twarzą przed portalem. Zacisnęłam pięści ściskając rękawy kurteczki jeszcze wilgotnej od wody i deszczu. Prawie wysuszyła się przy biegu. Raz kozie śmierć, tak? Weszłam w portal i poczułam buchające i napierające na mnie powietrze ze wszystkich stron. Czułam się jakbym właśnie robiła jakiegoś fikołka. Szum zadudnił mi w głowie, podniosłam głowę do góry, byłam prawie stopami jak w Przeciwświecie a głową skierowana do ziemi. Chwilę potem głowa była w stronę Przeciwświata a nogi w stronę ziemi. Mimo, że trwało to ułamki sekundy, mój mózg wszystko zarejestrował, bynajmniej to co mógł zarejestrować. Zanim się obejrzałam stałam już na ziemi. Kilka sekund po mnie stanął za mną Rissel. Ruszył w stronę wyjścia z księgarni i chwilę potem bez słowa znaleźliśmy się koło jego samochodu. Otworzył mi drzwi od auta i wskazał podbródkiem wnętrze samochodu. Wsiadłam potulnie i patrzyłam jak go okrąża bawiąc się kluczykami od samochodu. Wsiadł i odpalił samochód.
- Zaczekaj – położyłam rękę na jego ramieniu – posłuchaj mnie.
Popatrzyłam na jego twarz która wpatrywała się w kierownicę, szukałam jakiejś akceptacji, znaku, że mnie słucha. Przełknął ślinę. Chyba mogę mówić. Widzę jak wszystko ukrywa w sobie. To moja szansa, muszę mówić.
- Nie chciałam tego wszystkiego powiedzieć. Nie powinnam była tam przychodzić. Znam cię zaledwie kilka tygodni. Ale już wiem, że cię kocham, słyszysz?
Wciągnął powietrze przez nos i ruszył z miejsca, zerknął jeszcze na mnie i dalej prowadził samochód. No cóż, próbowałam. Chyba naprawdę jest zły. Wbiłam się jak najgłębiej w siedzenie i oparłam głowę o szybę. Muszę poczekać aż mu przejdzie. Ale przecież ja powiedziałam, że go kocham. Cholera! Jestem taka głupia? Dostrzegłam jego czapkę. Założyłam ja po raz kolejny na głowę. Chyba jej nie nakładał bo rozmiar jaki sobie ustawiłam był taki sam jak przedtem. Zerknęłam na niego. Nadal nie reaguje. A pamiętam jak poprzednim razem śmiał się ze mnie gdy ją nakładałam. Nastawiłam radio na naszą ulubiona piosenkę. Imagine dragnos – ''bleeding now''. Cause I'm bleeding out. And if the last thing that I do is bring you down. I'll bleed out for you.
Głos ugrzązł mi w gardle. I to uczucie tuż przed płaczem, kiedy zaciskasz gardło i mrugasz oczami by żadna łza nie została uroniona właśnie mnie dopadło. Zacisnął dłoń na moim nadgarstku przy radiu, odłożył ją na moje udo i wyłączył radio. Teraz inaczej rozumiem tę piosenkę. Kiedyś po prostu interpretowałam ją jako zwyczajne oddanie i ufność w związku. Ale teraz wyczuwam cały ten ból i poświęcenie jakie są sobie w stanie podarować. Ile mogą dla siebie zrobić. Nawet umrzeć.
Zaczerpnęłam powietrze. Zrobiłam to przerywanym oddechem. Zatrzymaliśmy się już przed moim domem. Ale lekko w cieniu by mama od razu nas nie zobaczyła. Zatrzymał się i spojrzał na mnie. Nie wiedziałam co myśleć o tym spojrzeniu.
- Dobrze się bawiłaś? -zabrzmiał obojętnie. Teraz to ja dostałam policzek.
- Bawiłam? - Zająknęłam się zszokowana. -Chciałam ci przypomnieć co tak naprawdę nas łączy i co było a nie bawić się twoimi uczuciami, głupku! - łzy naleciały mi do oczu. Otworzyłam drzwi i wysiadłam trzaskając.
Nie zdążyłam odejść a on przygwoździł mnie do samochodu.
- Ani waż się ruszać nim ci się nie wytłumaczę. - przytrzymał mnie ramieniem. - Słuchaj, nie zależy mi na tym żeby cię zranić. Nie zależy mi na tym żeby złamać ci serce. Anina tym by cię go pozbawić. Zależy mi na tym żebyś była bezpieczna, nie mogę dopuścić do tego żeby coś ci sie stało rozumiesz mnie? Za każdym razem, gdy wymykasz mi się z palców czuję, że mogę cię stracić. Że nie zdołam cię uratować, że nie dam rady cię uchronić. A ty mi nie pomagasz. Nie wybaczyłbym sobie gdybyś np. zamiast znaleźć się w Przeciwswiecie – co nie do końca też było bezpieczną opcją – znalazła się gdzieś indziej. I ja bym nie zdążył. Nie zdajesz sobie sprawy co się dzieje. Nie wiesz ile demonów przedostaje się zza światów.
- Dlaczego Przeciwświat to nie jest bezpieczną opcją?
- A jak myślisz, co powiedzieli by gdyby zobaczyli potomkinię jednych z upadłych aniołów na ziemi świętej? Nie za ciekawie to wygląda. Nie mogą dowiedzieć się, że tam byłaś. Obiecaj mi po raz kolejny...
- Silvia? - Z ganka rozległ się głos mojej mamy. Tutaj minęło zaledwie 8 minut od mojego zniknięcia. - Jesteś tam?
- Jestem mamo, już idę – odkrzyknęłam i spojrzałam na niego.
Położyłam mu rękę na sercu i szepnęłam krótkie
- obiecuję. - I ruszyłam w stronę mamy. Zatrzymał mnie za rękę i powiedział głośno i zdecydowanie.
- Ja ciebie też, nawet bardziej...
- Co?
- Kocham cię – odezwał się miły głos w mojej głowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz