czwartek, 2 maja 2013

Rozdział VI

 Rozdział VI
''Linia frontu''

Rano obudził mnie głośny odgłos alarmu na spontaniczne przemowy króla Neveeda, tak bardzo unikałam tego całego codziennego komunikatu, że teraz to było dla mnie zaskoczeniem. Zerwałam się na równe nogi. Ta sama melodia, ta sama przyśpiewka i ''Twoja wola, to mój czyn naszego, idealnego imperium. Bądźmy perfekcyjni... Każdy kto skończył 16 lat od dnia 17. 05. 2184 zobowiązany jest stawić się na głównym placu przed moja siedzibą, proszę przywdziać tradycyjne stroje, osoby nieobecne, stwarzające opory lub bunty zostaną surowo ukarane'' Melodyjna i koniec wyświetlanego komunikatu. To dwa dni po połowinkach. Na śmierć zapomniałam... Coroczny odsiew młodych ludzi. Nazywane jest to ''Linią frontu''. Każdego roku z naszego miasta Nevediee wybierani są młodzi ludzie od 16 lat do 19 na linie frontu. Czyli obowiązkowy, niewyborowy udział w wielkiej bitwie świata. 300 lat temu państwa rozpoczęły ogólnoświatowy bunt przeciwko wszystkim przywódcom, żyło nam się naprawdę ciężko, ludzie popadali w niewolę i paranoję, standard ludzkości spadł do zera. Zadłużyliśmy się, nie mieliśmy prawie żadnych praw, standard życia był nie do zniesienia. A to wszystko przez tych chciwych prezydentów. Można to nazwać ''trzecią wojną światową'' na ogromna skalę. Podziału administracyjnego takiego jak wtedy już nie ma. Nie ma Włoch, Wielkiej Brytanii czy Rosji. Tam gdzie kiedyś była Europa są teraz cztery wielkie miasta. Butflle, Fremiee, Nersotie i Neveedie. Wszystko podzielone jak najrówniej się da. Jesteśmy pod rządami absolutnymi aktualnego króla Neveeda. Sąsiadami naszymi są pod rządami króla Butflleya, Fremieerya, Narsotia. A linia frontu potrzebna jest by ''pomóc'' reszcie walczących państw w przyłączeniu się do ogólnoświatowego spisku 8 królów. Są pojedyncze jednostki które nadal się bronią i każdy kto otrzyma taki ''przywilej'' i pójdzie na front ''pomoże'' tym państwom zakończyć walkę i przyłączyć się do wielkiego miasta pod panowaniem aktualnego króla. Na początku to państwa się zbuntowały, ale nie wiadomo było jak do konca to rozegrać, więc niczego niepodejrzewający ludzie poszli za słowami otuchy Stowarzyszenia Ośmiu. Ci poprzez manipulację przejęli władzę w panstwach i zagarnęli wszystko dla siebie. Od tamtej pory zaślepiona ludność walczyła by spełnić plany Stowarzyszenia Ośmiu. A to doprowadziło do takiego stanu jaki jest teraz, do CIIMP czyli idealnych imperialnych miast przyszłości. Nie powiem żyje nam się naprawdę dobrze, żaden człowiek nie może powiedzieć nic złego na to jak żyje mu się teraz, elektronika wszystko inne poszło daleko na przód dzięki temu systemowi. Każdy ma pracę, dom i na tyle pieniędzy by mógł przeżyć i jeszcze starczyło mu na zachcianki. Ale to rządy absolutne i każde inne wykroczenie to kara śmierci. Absurdalnie śmieszne.
Do pokoju wpadła zszokowana mama, objęła mnie za policzki i patrzyła się z otwartymi ustami.
- Nie pozwolę, żebyś tam poszła. Nie pozwolę na to byś walczyła.
- Mamo, nie bój się o mnie. Nigdy jeszcze nie wzięli 16 latka. No dobra wzięli Martyiego i Nataniela ale tylko dlatego, że ich siła i mądrość przewyższała 19 latków. - uspokajałam mamę.
Pogładziła palcem po moim policzku i usiadła na łóżku.
- Całe życie przygotowywałam się do tego, że kiedyś możesz nie wrócić. Ale to i tak nic nie dało, po prostu nie mogę sobie wyobrazić, że moja jedyna córka przyczyni się do tego wszystkiego.
Usiadłam koło niej i wzięłam ją za rekę.
- Mamo nie martw się o mnie – sama nie wierzyłam we własne słowa, ale muszę trzymać się w garści, nie chcę tam trafić, muszę w nie uwierzyć. - bądź pewna, bądź dobrej myśli.
- Zrobiłam ryż z cynamonem i musem jabłkowym, zejdź jak będziesz gotowa. - Otarła cieniutką łezkę która miała właśnie wypłynąć jej z oka, wytarła rękę o starą koszulę taty, którą nosiła gdy zajmowała się kwiatami i wyszła. Włosy zaplotłam w luźnego warkocza sięgającego mi do pośladków, potarmosiłam grzywkę by wyglądała bardziej niesfornie i beztrosko. Pomalowałam rzęsy i usta tą sama czerwona szminką co zawsze. Ubrałam zwiewną koszulkę i kolorowe nieco w stylu Syzane legginsy, trampki nadawały się idealnie, medalion został na szyi tak jak zawsze a pełno bransoletek dopełniało image. Spojrzałam na siebie ostatni raz w lusterku, gdyby jeszcze dało się ukryć te moje koszmarne piegi, za dużo przebywam na słońcu. Spakowałam potrzebne książki, które wzięłam do domu by po odrabiać zadania do plecaczka i zeszłam na śniadanie. Schodząc przejechałam dłonią po błyszczącej balustradzie. Po drodze minęłam obrazek z czasów gdy byłam mała, ja i Syzane na huśtawkach. Byłyśmy wtedy takie roześmiane i beztroskie. Weszłam do kuchni a mama robiła porcję dla siebie. Zjadłyśmy razem śniadanie, ona opowiadała mi co ostatnio ja spotkało – gdy sadziła kwiatki na ogródku przed domem listonosz jej nie zauważył i uderzył ja gazetą. Musiało to wyglądać trochę komicznie. Już miałam wychodzić a gdy otworzyłam drzwi wpadłam na Syz.
- Te, śnieżko. Co ci tak śpieszno? Wiedziałam, że mnie uwielbiasz ale żeby tak do mnie gnać to chyba przesada, jeszcze sobie coś pomyślę. - uściskałam ja na powitanie.
- Myślałam, że to ja dziś po ciebie przychodzę – powiedziałam naturalnie.
- Tak, to twoja kolej, ale ktoś nalegał żebyśmy po ciebie przyszli.
Odeszła kroczek bym mogła zobaczyć kto stoi na dole przed schodami. To Rissel. Od kiedy Syz i Rizzel są przyjaciółmi? Czyżby tak przypadli sobie do gusty po ostatnim wypadzie? Machnął mi ręką na powitanie i stał w ten sam, luzacki i zadziorny sposób co zawsze. Powinnam go teraz przytulić, pocałować czy po prostu palnąć cześć? Kim on w ogóle dla mnie jest? W pospiechu zeszłam i postanowiłam, że po prostu przytulę go na powitanie a on musnął wargami mój policzek. Świetnie, a to co ma oznaczać?
- Ślicznie dziś wyglądasz, kruku.
- A co się stało, że przyszedłeś po mnie z Syz, hmm? - Syz stanęła obok nas.
- Wpadłem na nia po drodze gdy po ciebie szedłem.
- Tak, niecierpliwiłam się i po ciebie wyszłam, tak po prostu – uśmiechnęła się zakłopotana, chyba z dala sobie sprawę z tego jak to musi teraz wyglądać.
- Dobra, to nie przesłuchanie, zluzujcie – zaśmiałam się i poszliśmy do szkoły.
Bardzo chciało mi się do toalety więc zostawiłam ich z reszta i popędziłam do niej. Gdy weszłam do kabiny usłyszałam obok czyjąś rozmowę.
- Jak to pozwoliłaś by sobie od ciebie poszedł?
- A co miałam zrobić? Ciągle nawija o tej smołowatej pseudo gotce. - ktoś mlasnął z pogardą. Zdaje mi się, że to Annie mówiła do jednej ze swoich klonów. Ale nie wiem, która to.
- Ja nie wiem jak można przejmować się taką ślamazarą, ona nawet nie jest jakoś szczególnie ładna, nie to co ty. – aha, dzięki tapeciaro.
Drzwi od kabiny otworzyły się, weszłam na toaletę. Gdyby dowiedziały się, że je podsłuchuje nie dałyby mi żyć bardziej niż dotychczas. Już teraz dusze się zapachem ich paskudnych zbyt słodkich perfum zatruwających powietrze ale to będzie przesada. Przytknęłam rękę do ust.
- Nie martw się, ważne że to ze mną idzie na połowinki, co nie? - umyła ręce i wyszły. Wyszłam z kabiny i spojrzałam na siebie w lustrze. Czy jestem aż taka okropna? Nie, jestem głupia bo przejmuję się zdaniem tych kretynek. Zadzwonił dzwonek, o nie, spóźnię się na angielski. Pobiegłam jak najszybciej ale klasa już weszła do sali. Weszłam do niej i od razu przyszpilił mnie wzrok Gala.
- Któż to się pojawił? - Przytłoczył mnie gruby głos profesora.
- Przepraszam za spóźnienie - Skuliłam głowę i usiadłam na siedzenie obok Alice. Nadal czułam na sobie ostry wzrok Gala. Przez ostatni czas prawie o nim zapomniałam. Chyba nie jestem zbyt okrutna? Koniec lekcji, wszyscy wyszli a ja jeszcze się pakowałam. Wzdrygnęłam się gdy poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Spojrzałam przez ramię. Rękę Gala. Odwróciłam sie powoli do niego i odeszłam krok od niego. Przyglądał mi się beznamiętnie.
- Dawno się nie widzieliśmy.
- Tak, byłam trochę zajęta.
- Chciałem tylko powiedzieć, że przepraszam za wtedy. Nie powinienem się na niego rzucać, to twoje życie.
- Ale...
- Nie musisz nic mówić, już ci wybaczyłem. - spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami przepełnionymi skruchą i nutką bólu bardzo dobrze maskowaną ale zauważalną. Zarzucił plecak na ramię, wsadził ręce w kieszenie dobrze dopasowanych rybaczek z modnie podwijanymi końcami nogawek i poszedł. Wiodłam za nim wzrokiem ale się nie obrócił. Dlaczego dopiero teraz? Może ta ruda małpa miała rację, może faktycznie żałował tego wszystkiego co zrobił. Rissel stał w drzwiach i patrzył na chwilę, chyba na odchodzącego w głąb korytarza Gala i spojrzał na mnie.
- Idziesz?
- Tak – wsadziłam za ucho kosmyk który zbyt bardzo odbiegał od reszty włosów.
- Chodźmy coś zjeść, w stołówce podają dzisiaj placki z bananami na lunch. - Ujął moją dłoń. Była ciepła i mocna. Gdy szliśmy korytarzem dziewczyny patrzyły teraz na mnie jak na wroga a na niego niczym na zdobycz. Tak bardzo byłam zawsze na drugim planie, że bycie na pierwszym mnie przerażało.
- Te wszystkie dziewczyny, patrzą na ciebie tak zachłannie. Chyba zawsze tak masz co?
- Nie zaprzeczę, ale żadna z nich się nie liczy. Nie są w moim guście. A mówiłem ci już, że uwielbiam twoje piegi?
- Moje piegi? To przekleństwo. Nienawidzę ich. Są straszne. - zmarszczyłam nos.
- Mi się podobają – patrzył na mnie cały promienny.
Weszliśmy do dużej sali z mnóstwem stolików. Przy oknie stał pusty stolik, w sam raz dla nas. Trochę z boku, oświetlony od wiosennego słońca, na środku sali.
- Poczekaj tu na mnie. Zaraz do ciebie przyjdę.
Rozejrzałam się trochę po ludziach naokoło. Od zawsze siedziałam z resztą na trawniku i nieczęsto jadaliśmy w stołówce. Do tej pory myślałam, że grupy społeczne to tylko stereotyp. Ale po prawo siedzą coś w stylu hipsterów. Z tyłu za nimi same lalunie z towarzystwem Annie. Po lewej grupa Footbollowa a dalej za nimi ludzie z kółka teatralnego. Oparłam głowę na ręce i patrzyłam jak w moja stronę idzie Rissel. Ciągle ten sam piękny chłopak – anioł. Tylko o diabelnym uśmiechu i manierze. Słodki a za razem przeraźliwy. Usiadł na przeciwko mnie i podsunął mi tackę z plackami. Zaklaskałam w dłonie, bo wyglądały pysznie.
- Nie wiedziałam, że jestem aż tak głodna.
- To po części moja sprawka, wiem że jestem apetyczny.
Rzuciłam w niego kostka cukru do kawy. I zanuciłam do niego kawałek z piosenki Gorillaz:
- Make up for the time you've wasted, Come slowly uśmiechnęłam się niewinnie do niego.
Nachylił się do mnie przez stół, zatrzymał się milimetr przed moimi ustami i musnął moja wargę. Spojrzał na usta a potem na mnie. Ręce miał napięte od podtrzymywania swojego ciała nad stołem. Kąciki jego ust powędrowały w górę. Serce chyba zaraz przeciśnie się przez żebra i wyskoczy z piskiem – Zaraz padnę na zawał. Przygryzł moja wargę. Lekko napierał na mnie. Wsadziłam swoją rękę we włosy z tyłu jego głowy.
- Cóż za uroczy obrazek – ocucił nas chichot Annie. - Brawo, brawo
Obróciłam głowę w jej stronę. On opierał swoje czoło o bok mojej głowy. Cofnął sie powoli na miejsce i spojrzał na nią bez aprobaty, beznamiętnie. Bez uczuć z zaciśnięta szczęką.
- W czymś ci pomóc? Zabłądziłaś? - Odezwał się neutralnym tonem.
- Jak chcesz to możesz mnie oprowadzić, chyba faktycznie się zgubiłam. - nachyliła się nad nim opierając się rękami o stolik. Odchrząknęłam.
- A może po prostu zostawiłaś mózg w domu? - dogryzłam przez zaciśnięte zęby.
- A ty też tutaj jesteś, prawie cię nie zauważyłam. - machnęła ręką.
- Gdybyś tak nie capiła tymi perfumami też nie zwróciłabym na ciebie uwagi. - prychnęłam.
Rissel odchrząknął i powiedział pięknym, dźwięcznym, męskim głosem:
- Chyba najwyższy czas byś go poszukała – puścił mi oczko. - Czas start.
- Jak śmiesz – stanęła oburzona. Odwróciła się na pięcie i powiedziała przez ramię – Jeszcze zobaczymy.
Dokończyliśmy lunch paplając o jakichś bzdetach. On zawsze potrafi mnie rozśmieszyć. Po lekcjach stanęłam z nm przed szkołą.
- Masz dzisiaj czas?
- Po kręgielni mam szlaban, ale tylko na dzisiaj. - trochę się zarumieniłam.
- Czyli masz – uśmiechnął się szeroko.
- Ale moja mama będzie w domu – zaprotestowałam.
- Bardzo chętnie ją poznam.
- Że moją mamę? Nie, to zły pomysł.
- Dlaczego? Wstydzisz się mnie?
Milczałam przez chwilę – Nie wstydzę się ciebie
- W takim razie będę o 18. - Pocałował mnie w policzek.
Podjechała Syz pod szkołę.
- Wsiadaj! Zostaw już tego kochasia. - puściła mi oczko.
- Już idę – uśmiechnęłam się do niego – Jedziesz z nami?
- Mam jeszcze do załatwienia parę spraw, jedź sama.
- Niech ci będzie.
Wsiadłam do samochodu Syz.
- Gale pożyczył ci samochód? Od kiedy taki pomocny?
- Samochód samochodem, ale w zamian myję za niego gary przez tydzień. - przewróciła oczami.
- Chłopcy – dodałyśmy w tym samym momencie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz