- Już idę! - krzyknęłam z pokoju
obok.
- Szybciej trochę mi zimno! - Zza
drzwi rozległ się męski głos Rizzela.
Mam. Znalazłam. Otworzyłam
drzwi i co zobaczyłam? Ten pajac stał przede mną w
jaskraworóżowych okularach
– nerdach i jasnoróżowym
trykocie, bokserki wystawały mu spod niego. Parsknęłam tak głośnym
śmiechem, że chyba zwróciłam na siebie uwagę całej okolicy.
Spojrzałam jeszcze raz i nie mogłam powstrzymać śmiechu.
- Trochę mnie pije, byłaś pewna
proponując mi to? - Potruptał z nogi na nogę.
- Przecież ja żartowałam głuptasie.
- mówiłam przez śmiech.
- Jak miło zobaczyć cię tak
uśmiechniętą – zaklaskał aktorsko w dłonie. - Ale teraz serio,
mogę się u ciebie przebrać?
- Wchodź, nigdzie się tak z tobą nie
pokażę.
Wszedł ocierając się o mnie jak
Annie gdy próbuje być ode mnie w jakiś sposób lepsza stawiając
stopy jak zawodowa baletnica i odwrócił się przez ramię.
- Ale tyłek mam w tym świetny –
uśmiechnął się uwodzicielsko. Zaczął ściągać
go na moich oczach, za chwilę stał już w samych bokserkach.
- Wiesz, że istnieje takie coś jak
łazienka i jest po prawej za kuchnią?
- Tak wiem, ale chciałem ci sprawić
przyjemność moim widokiem – puścił oczko.
Założył na siebie czarne spodnie
Alpha khaki dockers, biały podkoszulek i granatową koszulę w
kratę. Chyba faktycznie był na zakupach albo jeszcze bo jeszcze go
w tym nie widziałam. Miał na nogach czarne engineer'y.
- To jak – zakręcił
kluczykami od samochodu w
palcach – jedziemy?
- No to jedziemy, reszta będzie na
miejscu.
Wsiedliśmy do jego samochodu.
Włączył
radio, które umilało nam
jazdę. Założyłam na głowę jego czerwona czapkę.
- Ładnie mi?
- Szczerze? Tak, tobie we wszystkim
ładnie
- oj dobra dobra, mówisz tak żeby mi
zapunktować.
- A zapunktowałem? - uśmiechnął
się.
Wzniosłam oczy do nieba i
obniżyłam szybę przy moim siedzeniu. Wystawiłam rękę i czułam
jak zimny wiatr mi ją
cała oblewa. Oziębiłam ją trochę i położyłam mu na karku.
- Jezu, zimne! Zdejmij to! -
Zachichotałam i właśnie podjechaliśmy pod kręgielnię.
Reszta śmiała się i żartowała przy
wyjściu. Podeszliśmy do nich.
- No ile można czekać – Powiedziała
Grace.
- to jest Rissel, Rissel to kolejno od
lewej - Rob, Syzanne znasz, Alice, Grace i Dan.
- Miło mi was poznać – podał
wszystkim dłoń. Dan go zagadał i weszliśmy do środka.
Syz porwała mnie lekko na tył grupy
- No no, skąd on się urwał? Że tez
musiałaś trafić na takiego przystojniaka. Nie dziwie ci się.
- Oj daj spokój – zaśmiałyśmy
się.
Graliśmy tak przez parę godzin.
Zamówiliśmy pizzę i dojadaliśmy w międzyczasie. Rissel
instruował mnie typowym chwytem podrywacza jak poprawnie turlać
kule do kręgli. Ale przyznam, jestem straszna sierotą w kręgle.
Dogadywaliśmy się wszyscy naprawdę dobrze. Chłopaki zamówili
trochę drinków na ''rozluźnienie'' atmosfery. Ale rozluźnić to
jej już się chyba nie da bardziej.
- A mama nie będzie zła? - Zapytał
Rissel.
- A co powiesz jej? - odparłam bez
obaw z uśmiechem.
Obok był duży parkiet i grała
muzyka, kręgielnia to tak naprawdę jeden wielki klub, a nazwę nosi
taką, że zawsze zaczyna się tu od kręgli a kończy na dyskotece.
Wszyscy ruszyliśmy by trochę potańczyć. Muzyka trance zaklinała
nas niczym jak węże. Na środku sali byliśmy tylko ja i on. Nie
wiem gdzie się nauczył tak tańczyć, ale nie obchodzi mnie to.
Ważne przecież jest by dotrzymał mi kroku. Oplotłam jego szyję
rękoma a nasze biodra były niemalże jednym organem. Pocałował
mnie w szyję, policzek a potem spojrzał mi w oczy. Rękami błądził
po moich plecach i palcami między moimi włosami. Nasze usta
połączyły się, najpierw delikatnie a potem mocniej. Na chwilę
jakby świat zatrzymał się, a muzyka ucichła. Przerwał pocałunek
i uśmiechnął się. Czułam jak kąciki jego ust wędrują do góry
tuz przy moich.
- A co powiedziałabyś gdybym
zaproponował ci pójście ze mną na tegoroczne połowinki? - splótł
moje dłonie ze swoimi.
- Zgodziłabym się, bez zastanowienia.
- i znów pocałował mnie delikatnie.
Parę kolejnych godzin żartowałam
sobie z dziewczynami a chłopaki dyskutowali bardzo intensywnie na
swoje męskie tematy. Oczywiście dokończyliśmy grać w kręgle,
teraz trochę bardziej nieudolnie ale bawiąc się przy tym świetnie.
On nie spożył alkoholu wcale, nawet nie tknął . W sumie podobało
mi się to. Taki chłopak jak on na pierwszy rzut oka zdawałoby się,
że baluje do rana, ogrywa rywali w pokera za pieniądze, pali
papierosy i cokolwiek sobie jeszcze wymyślisz. Ale nie, on po prostu
czuje się z tym dobrze i szczerze mówiąc trochę mi wstyd gdy
odłożył mi drinka bym więcej sama go nie tknęła. Z drugiej
strony jednak się cieszę. Nawet nie wiem dlaczego po niego
sięgnęłam, może czas by trochę nad sobą pomyśleć. Wychodząc
rozdzieliliśmy się do samochodów i każdy pojechał w swoja stronę
domu. Rissel otworzył mi drzwi do samochodu i chwilę rozmawiał
przez telefon. Wyjrzałam do niego przez szyber dach. Zerknął na
mnie i odszedł parę kroków, teraz go na pewno nie mogłam
usłyszeć. Gestykulował tak jakby się z kimś kłócił. Albo
przynajmniej prowadził poważną konwersację. Schowałam się do
samochodu i wyglądałam tylko przez szybę kierowcy. Rozłączył
się i trochę zdenerwowany podszedł do samochodu, gestem kazał mi
uchylić szybę.
- Coś się stało? - zapytałam
ponaglając go.
Oparł ręce na szybie i wpatrywał się
we mnie przez parę sekund.
- Obiecasz mi coś?- powiedział twardo
i trochę w stylu ojca, który nakryje cię na kradzieży pieniędzy.
- Tak, tylko powiedz mi o co chodzi. -
Przekręciłam lekko głowę na bok, nie za bardzo wiedziałam o co
mu może teraz chodzić. Przecież nic chyba złego nie zrobiłam.
- Muszę na chwilę gdzieś pójść,
obiecaj mi, że zaczekasz tutaj na mnie aż po ciebie przyjdę. -
Nakazał surowym głosem, tak obco i beznamiętnie. Tylko mu
przytaknęłam bez słowa. Posłał mi uśmiech, odwrócił się i
pomaszerował pewnym krokiem gdzieś ścieżką za kręgielnie.
Stukałam paznokciami o panel. Rozejrzałam się trochę na kręcących
się naokoło ludzi. Jeszcze jakaś para poszła tą samą ścieżką
co mój anioł. Zaraz po nich chłopak z turkusowym irokezem i drugi
z licznymi tatuażami na rękach. Wszyscy wyglądali jakoś...
podobnie. Trochę się niecierpliwiłam. By zabić nieco czas
włączyłam sobie odtwarzacz z jego płytą z piosenkami w środku.
Znam prawie wszystkie kawałki, które tam lecą. Zaczęłam
przełączać je beznamiętnie. A jego wciąż nie było. Gdzie on
poszedł? Zerknęłam na telefon, jest już 22: 45. Nie ma go już od
pół godziny. Przecież obiecałam mu, że tutaj zostanę. A jak mu
się coś stało? Albo tamci mu coś zrobili? Nie wytrzymałam i z
wahaniem otworzyłam drzwi. Wystawiłam nogi za samochód jakbym
pierwszy raz wysiadała na księżycu. Postawiłam je na ziemi i
dalej poszło jak składka. Zagłębiłam się w głąb ścieżki
odpychając co róż jakieś gałązki drzew. Ścieżka była bardzo
dobrze wydeptana, jakby ktoś chodził tędy setki razy. Na końcu
dróżki stała jakaś stara szopa. Po co on miałby iść do jakiejś
szopy? A tamci ludzie? No nie mówcie mi, że chodzą tutaj ćpać a
on jest jakimś dilerem, czy coś? To wyjaśniałoby bredzenie o tym
że jest moim aniołem. Tak to ma sens. Gdyby ktoś słyszał jakie
ja brednie wygaduje wyszłabym na wariatkę. Usłyszałam za sobą
trzask suchej gałązki.
Odwróciłam się w tym samym momencie.
- Anabell? Co ty tu robisz? - Z cienia
wyłoniła się ciemna postać kobiety. Była wysoka, szczupła o
bladej cerze, wyglądała jakby miała około 40 lat. Długie blond
włosy z przesmykami siwizny opadały jej na łopatki. Stała z brodą
wysoko uniesioną i rękami za plecami. W pierwszym momencie
zauważyłam jaka jest piękna. Ma smukły podbródek, wystające
kości policzkowe, podłużne łezkowate oczy i odsłonięte
przylegające do twarzy uszy z kolczykami o takim samym kolorze jak
mój medalion. Ale wyraz twarzy był raczej poważny i za razem
łagodny. Trochę władczy. Miała na sobie coś na wzór zbroi,
tylko w damskim fasonie i raczej jako lekka ochrona niż przeznaczona
do walki. Podeszła kilka kroków i obeszła mnie dookoła.
- To zadziwiające, w pierwszej chwili
wzięłam cię za twoja matkę. Ty musisz być zapewne jej córką.
Silvia tak? - Mówiła inteligentnym i rozważnym tonem. Wzięła w
palce moje włosy i i powoli stanęła przede mną. - Jestem Lynn, co
robisz tutaj sama w środku nocy w ciemnym lesie? - Przymrużyła
lekko oczy i uśmiechnęła się, już widziałam gdzieś taki sam
uśmiech.
- Pies mi uciekł, myślałam, że
pobiegł w te stronę. - nie utrzymywałam z nią kontaktu
wzrokowego.
Obeszła mnie i stanęła,
automatycznie obróciłam się w jej stronę. - Nie radziłabym
chodzić ci tutaj samej, lepiej wróć do domu, pies sam się
znajdzie. - Splotła ręce z przodu. - Ale miło było cię poznać i
wiesz, przypominasz mi trochę kruka z tymi czarnymi włosami, ale
zmykaj już.
Jej głos wydawał się być niezwykle
uspokajający i przekonywający. Trochę jakby zaklinała mnie
głosem tak melodyjnym i uczuciowym. Ni chciałam więcej przebywać
w towarzystwie tej kobiety. Przyprawiała mnie o dreszcze za razem
upewniając mnie podświadomie że nic się nie dzieje. Może to
wszystko było za sprawą ruchów które wykonywała, wyrazu twarzy.
- Nie będę już Pani przeszkadzać,
Do widzenia.
- Jeszcze jedno. Niech ta rozmowa
zostanie naszą tajemnicą. - Zawróciłam ścieżką i wróciłam do
samochodu. To było naprawdę dziwnie. Ale w pierwszej chwili
uświadomiłam sobie, że pytała mnie co ja tu robię a ona? Kobiety
chyba nie przechadzają się same po lesie. A w kręgielni na pewno
nie była. Otworzyłam drzwi do samochodu i usiadłam z nogami
spuszczonymi do ziemi po stronie kierowcy by mieć dobry widok na
ścieżkę. Skąd ja mogłam znać ten uśmiech i skąd ona zna moje
imię, a co gorsza imię mojej matki. Za pięć minut zjawił się
Rissel.
- Przepraszam, że musiałaś tyle
czekać. Już jedziemy do domu. - uśmiechnął się przepraszająco.
Mam wrażenie, jakby coś przede mną ukrywał. Miał na sobie inne
buty niż przedtem. Cięższe i mocniejsze.
- Co to za buty? - przymrużyłam oczy.
- Buty? Jakie... - spojrzał w dół i
podrapał się ręką w głowę. - Miałem je wcześniej, przebrałem
je bo są o wiele wygodniejsze. Pewno nie zwróciłaś uwagi.
Wepchnął się koło mnie na siedzenie
a ja przesunęłam się obok. Uśmiechnął się do mnie tak jak
zawsze,złowieszczo i tajemniczo. Ten uśmiech. Taki jak tej kobiety.
Ale może mi się tylko zdaję. Za piętnaście minut już byliśmy
pod domem. Wysiadłam z samochodu ale Rissel uchylił szybę i
powiedział :
- Nawet się ze mną nie pożegnasz? -
Posłał mi szeroki, pewny uśmiech.
Podeszłam do niego i pocałowałam go
w usta.
- Na więcej nie licz – Oblizał usta
a ja weszłam do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz