poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Rozdział V

Przyszłam zmęczona po szkole do domu, dzisiaj idziemy na kręgle. Mam nadzieję, że się odprężę. Chociaż trochę. Mama przygotowała mi obiad i zostawiła karteczkę. Neveedy lezą na komodzie, odgrzej sobie obiad i jak chcesz to idź z przyjaciółmi, wrócę około 23. Odgrzałam to co mi zostawiła i zjadłam wszystko, kocham jak mama gotuje. Trzeba by było trochę przed wyjściem się pouczyć. Przejrzałam wszystkie lekcje na jutro, nauczyłam się przynajmniej trzech lekcji w tył tak w razie czego. Akurat zostało mi pół godziny na przygotowanie się. Założyłam czarne jeansy, koszulkę w więzienne paski, marynarkę w bordową kratę niczym męski szkocki kilt i buty typu vintage. Wyglądam normalnie, na luzie i niezobowiązująco. Czyli tak jak powinnam wyglądać. Czarne włosy rozpuściłam z kitki i rozpięłam moją prosta grzywkę. Poprawiłam usta szminką a czarne kreski dodały bardziej zalotny wygląd moim oczom. Rozległo się pukanie do moich drzwi. Przyjechał trochę prze czasem. Zaczęłam szukać kluczy by otworzyć drzwi, bo pamiętam gdzie je położyłam
- Już idę! - krzyknęłam z pokoju obok.
- Szybciej trochę mi zimno! - Zza drzwi rozległ się męski głos Rizzela.
Mam. Znalazłam. Otworzyłam drzwi i co zobaczyłam? Ten pajac stał przede mną w jaskraworóżowych okularach – nerdach i jasnoróżowym trykocie, bokserki wystawały mu spod niego. Parsknęłam tak głośnym śmiechem, że chyba zwróciłam na siebie uwagę całej okolicy. Spojrzałam jeszcze raz i nie mogłam powstrzymać śmiechu.
- Trochę mnie pije, byłaś pewna proponując mi to? - Potruptał z nogi na nogę.
- Przecież ja żartowałam głuptasie. - mówiłam przez śmiech.
- Jak miło zobaczyć cię tak uśmiechniętą – zaklaskał aktorsko w dłonie. - Ale teraz serio, mogę się u ciebie przebrać?
- Wchodź, nigdzie się tak z tobą nie pokażę.
Wszedł ocierając się o mnie jak Annie gdy próbuje być ode mnie w jakiś sposób lepsza stawiając stopy jak zawodowa baletnica i odwrócił się przez ramię.
- Ale tyłek mam w tym świetny – uśmiechnął się uwodzicielsko. Zaczął ściągać go na moich oczach, za chwilę stał już w samych bokserkach.
- Wiesz, że istnieje takie coś jak łazienka i jest po prawej za kuchnią?
- Tak wiem, ale chciałem ci sprawić przyjemność moim widokiem – puścił oczko.
Założył na siebie czarne spodnie Alpha khaki dockers, biały podkoszulek i granatową koszulę w kratę. Chyba faktycznie był na zakupach albo jeszcze bo jeszcze go w tym nie widziałam. Miał na nogach czarne engineer'y.
- To jak – zakręcił kluczykami od samochodu w palcach – jedziemy?
- No to jedziemy, reszta będzie na miejscu.
Wsiedliśmy do jego samochodu. Włączył radio, które umilało nam jazdę. Założyłam na głowę jego czerwona czapkę.
- Ładnie mi?
- Szczerze? Tak, tobie we wszystkim ładnie
- oj dobra dobra, mówisz tak żeby mi zapunktować.
- A zapunktowałem? - uśmiechnął się.
Wzniosłam oczy do nieba i obniżyłam szybę przy moim siedzeniu. Wystawiłam rękę i czułam jak zimny wiatr mi ją cała oblewa. Oziębiłam ją trochę i położyłam mu na karku.
- Jezu, zimne! Zdejmij to! - Zachichotałam i właśnie podjechaliśmy pod kręgielnię.
Reszta śmiała się i żartowała przy wyjściu. Podeszliśmy do nich.
- No ile można czekać – Powiedziała Grace.
- to jest Rissel, Rissel to kolejno od lewej - Rob, Syzanne znasz, Alice, Grace i Dan.
- Miło mi was poznać – podał wszystkim dłoń. Dan go zagadał i weszliśmy do środka.
Syz porwała mnie lekko na tył grupy
- No no, skąd on się urwał? Że tez musiałaś trafić na takiego przystojniaka. Nie dziwie ci się.
- Oj daj spokój – zaśmiałyśmy się.
Graliśmy tak przez parę godzin. Zamówiliśmy pizzę i dojadaliśmy w międzyczasie. Rissel instruował mnie typowym chwytem podrywacza jak poprawnie turlać kule do kręgli. Ale przyznam, jestem straszna sierotą w kręgle. Dogadywaliśmy się wszyscy naprawdę dobrze. Chłopaki zamówili trochę drinków na ''rozluźnienie'' atmosfery. Ale rozluźnić to jej już się chyba nie da bardziej.
- A mama nie będzie zła? - Zapytał Rissel.
- A co powiesz jej? - odparłam bez obaw z uśmiechem.
Obok był duży parkiet i grała muzyka, kręgielnia to tak naprawdę jeden wielki klub, a nazwę nosi taką, że zawsze zaczyna się tu od kręgli a kończy na dyskotece. Wszyscy ruszyliśmy by trochę potańczyć. Muzyka trance zaklinała nas niczym jak węże. Na środku sali byliśmy tylko ja i on. Nie wiem gdzie się nauczył tak tańczyć, ale nie obchodzi mnie to. Ważne przecież jest by dotrzymał mi kroku. Oplotłam jego szyję rękoma a nasze biodra były niemalże jednym organem. Pocałował mnie w szyję, policzek a potem spojrzał mi w oczy. Rękami błądził po moich plecach i palcami między moimi włosami. Nasze usta połączyły się, najpierw delikatnie a potem mocniej. Na chwilę jakby świat zatrzymał się, a muzyka ucichła. Przerwał pocałunek i uśmiechnął się. Czułam jak kąciki jego ust wędrują do góry tuz przy moich.
- A co powiedziałabyś gdybym zaproponował ci pójście ze mną na tegoroczne połowinki? - splótł moje dłonie ze swoimi.
- Zgodziłabym się, bez zastanowienia. - i znów pocałował mnie delikatnie.
Parę kolejnych godzin żartowałam sobie z dziewczynami a chłopaki dyskutowali bardzo intensywnie na swoje męskie tematy. Oczywiście dokończyliśmy grać w kręgle, teraz trochę bardziej nieudolnie ale bawiąc się przy tym świetnie. On nie spożył alkoholu wcale, nawet nie tknął . W sumie podobało mi się to. Taki chłopak jak on na pierwszy rzut oka zdawałoby się, że baluje do rana, ogrywa rywali w pokera za pieniądze, pali papierosy i cokolwiek sobie jeszcze wymyślisz. Ale nie, on po prostu czuje się z tym dobrze i szczerze mówiąc trochę mi wstyd gdy odłożył mi drinka bym więcej sama go nie tknęła. Z drugiej strony jednak się cieszę. Nawet nie wiem dlaczego po niego sięgnęłam, może czas by trochę nad sobą pomyśleć. Wychodząc rozdzieliliśmy się do samochodów i każdy pojechał w swoja stronę domu. Rissel otworzył mi drzwi do samochodu i chwilę rozmawiał przez telefon. Wyjrzałam do niego przez szyber dach. Zerknął na mnie i odszedł parę kroków, teraz go na pewno nie mogłam usłyszeć. Gestykulował tak jakby się z kimś kłócił. Albo przynajmniej prowadził poważną konwersację. Schowałam się do samochodu i wyglądałam tylko przez szybę kierowcy. Rozłączył się i trochę zdenerwowany podszedł do samochodu, gestem kazał mi uchylić szybę.
- Coś się stało? - zapytałam ponaglając go.
Oparł ręce na szybie i wpatrywał się we mnie przez parę sekund.
- Obiecasz mi coś?- powiedział twardo i trochę w stylu ojca, który nakryje cię na kradzieży pieniędzy.
- Tak, tylko powiedz mi o co chodzi. - Przekręciłam lekko głowę na bok, nie za bardzo wiedziałam o co mu może teraz chodzić. Przecież nic chyba złego nie zrobiłam.
- Muszę na chwilę gdzieś pójść, obiecaj mi, że zaczekasz tutaj na mnie aż po ciebie przyjdę. - Nakazał surowym głosem, tak obco i beznamiętnie. Tylko mu przytaknęłam bez słowa. Posłał mi uśmiech, odwrócił się i pomaszerował pewnym krokiem gdzieś ścieżką za kręgielnie. Stukałam paznokciami o panel. Rozejrzałam się trochę na kręcących się naokoło ludzi. Jeszcze jakaś para poszła tą samą ścieżką co mój anioł. Zaraz po nich chłopak z turkusowym irokezem i drugi z licznymi tatuażami na rękach. Wszyscy wyglądali jakoś... podobnie. Trochę się niecierpliwiłam. By zabić nieco czas włączyłam sobie odtwarzacz z jego płytą z piosenkami w środku. Znam prawie wszystkie kawałki, które tam lecą. Zaczęłam przełączać je beznamiętnie. A jego wciąż nie było. Gdzie on poszedł? Zerknęłam na telefon, jest już 22: 45. Nie ma go już od pół godziny. Przecież obiecałam mu, że tutaj zostanę. A jak mu się coś stało? Albo tamci mu coś zrobili? Nie wytrzymałam i z wahaniem otworzyłam drzwi. Wystawiłam nogi za samochód jakbym pierwszy raz wysiadała na księżycu. Postawiłam je na ziemi i dalej poszło jak składka. Zagłębiłam się w głąb ścieżki odpychając co róż jakieś gałązki drzew. Ścieżka była bardzo dobrze wydeptana, jakby ktoś chodził tędy setki razy. Na końcu dróżki stała jakaś stara szopa. Po co on miałby iść do jakiejś szopy? A tamci ludzie? No nie mówcie mi, że chodzą tutaj ćpać a on jest jakimś dilerem, czy coś? To wyjaśniałoby bredzenie o tym że jest moim aniołem. Tak to ma sens. Gdyby ktoś słyszał jakie ja brednie wygaduje wyszłabym na wariatkę. Usłyszałam za sobą trzask suchej gałązki.
Odwróciłam się w tym samym momencie.
- Anabell? Co ty tu robisz? - Z cienia wyłoniła się ciemna postać kobiety. Była wysoka, szczupła o bladej cerze, wyglądała jakby miała około 40 lat. Długie blond włosy z przesmykami siwizny opadały jej na łopatki. Stała z brodą wysoko uniesioną i rękami za plecami. W pierwszym momencie zauważyłam jaka jest piękna. Ma smukły podbródek, wystające kości policzkowe, podłużne łezkowate oczy i odsłonięte przylegające do twarzy uszy z kolczykami o takim samym kolorze jak mój medalion. Ale wyraz twarzy był raczej poważny i za razem łagodny. Trochę władczy. Miała na sobie coś na wzór zbroi, tylko w damskim fasonie i raczej jako lekka ochrona niż przeznaczona do walki. Podeszła kilka kroków i obeszła mnie dookoła.
- To zadziwiające, w pierwszej chwili wzięłam cię za twoja matkę. Ty musisz być zapewne jej córką. Silvia tak? - Mówiła inteligentnym i rozważnym tonem. Wzięła w palce moje włosy i i powoli stanęła przede mną. - Jestem Lynn, co robisz tutaj sama w środku nocy w ciemnym lesie? - Przymrużyła lekko oczy i uśmiechnęła się, już widziałam gdzieś taki sam uśmiech.
- Pies mi uciekł, myślałam, że pobiegł w te stronę. - nie utrzymywałam z nią kontaktu wzrokowego.
Obeszła mnie i stanęła, automatycznie obróciłam się w jej stronę. - Nie radziłabym chodzić ci tutaj samej, lepiej wróć do domu, pies sam się znajdzie. - Splotła ręce z przodu. - Ale miło było cię poznać i wiesz, przypominasz mi trochę kruka z tymi czarnymi włosami, ale zmykaj już.
Jej głos wydawał się być niezwykle uspokajający i przekonywający. Trochę jakby zaklinała mnie głosem tak melodyjnym i uczuciowym. Ni chciałam więcej przebywać w towarzystwie tej kobiety. Przyprawiała mnie o dreszcze za razem upewniając mnie podświadomie że nic się nie dzieje. Może to wszystko było za sprawą ruchów które wykonywała, wyrazu twarzy.
- Nie będę już Pani przeszkadzać, Do widzenia.
- Jeszcze jedno. Niech ta rozmowa zostanie naszą tajemnicą. - Zawróciłam ścieżką i wróciłam do samochodu. To było naprawdę dziwnie. Ale w pierwszej chwili uświadomiłam sobie, że pytała mnie co ja tu robię a ona? Kobiety chyba nie przechadzają się same po lesie. A w kręgielni na pewno nie była. Otworzyłam drzwi do samochodu i usiadłam z nogami spuszczonymi do ziemi po stronie kierowcy by mieć dobry widok na ścieżkę. Skąd ja mogłam znać ten uśmiech i skąd ona zna moje imię, a co gorsza imię mojej matki. Za pięć minut zjawił się Rissel.
- Przepraszam, że musiałaś tyle czekać. Już jedziemy do domu. - uśmiechnął się przepraszająco. Mam wrażenie, jakby coś przede mną ukrywał. Miał na sobie inne buty niż przedtem. Cięższe i mocniejsze.
- Co to za buty? - przymrużyłam oczy.
- Buty? Jakie... - spojrzał w dół i podrapał się ręką w głowę. - Miałem je wcześniej, przebrałem je bo są o wiele wygodniejsze. Pewno nie zwróciłaś uwagi.
Wepchnął się koło mnie na siedzenie a ja przesunęłam się obok. Uśmiechnął się do mnie tak jak zawsze,złowieszczo i tajemniczo. Ten uśmiech. Taki jak tej kobiety. Ale może mi się tylko zdaję. Za piętnaście minut już byliśmy pod domem. Wysiadłam z samochodu ale Rissel uchylił szybę i powiedział :
- Nawet się ze mną nie pożegnasz? - Posłał mi szeroki, pewny uśmiech.
Podeszłam do niego i pocałowałam go w usta.
- Na więcej nie licz – Oblizał usta a ja weszłam do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz