Rozdział IV
- Co nie? Powiedz ze tak, powiedz że mam rację - Zwróciła się do mnie Grace.
- Tak tak, pewnie - przypaliłam trochę głupa. Pewno i tak ma rację.
Jeszcze chwilkę sprzeczali się o tym kto ma rację i mianowicie wygrała Grace. A poszło o to ile lat żyją żółwie morskie. Sprzeczali się o lata ich życia, bezsens.
- To jak? idziemy po szkol na te zakupy? Im szybciej tym lepiej... - Zapytałam Syzane
- No jasne, ale co ci sie tak spieszy?
- Obiecałam mamie że przed jej przyjazdem posprzątam, sama wiesz wielki syf a nigdy nie wiadomo kiedy przyjedzie, ta jej praca i w ogóle i muszę sie pouczyć - Paskudnie się czuję trochę ja okłamywać. Nie mogę odwołać spotkania, ani jednego, ani drugiego. Nie mam nic lepszego do roboty a kupowanie sukienek i pójście z tym natrętem jakoś się ze sobą równają. No może te sukienki są lepsze bo spędzę czas z Syzane - Sama rozumiesz, to jak?
- pewnie, pójdziemy od razu jak skończą się lekcje - uśmiechnęła się.
Minęły już lekcje. Miałam dwa sprawdziany które zbiły mnie z tropu. W prawdzie napisałam je przynajmniej na 4 ale musiałam się wysilić. A nienawidzę pisać sprawdzianów. Zawsze niszczą resztę dnia.Wybrałyśmy się do największej galerii jaka może być. Już zapomniałam jak to jest być w centrum miasta. Wszystko takie sztywne i skomputeryzowane. Tik - tak, tik - tak. Jeden wielki zegarek. Żeby nie wytykali nas zbytnio palcami po części zachowywałyśmy się jak oni. na obrzeżach miasta gdzie prawie wszyscy się wyprowadzili a samo centrum to tylko pracownicy można przełamać tę barierę.No ale co poradzić. W centrum jest wszystko czego potrzebujesz i słyszałyśmy, ze są tu najlepsze kiecki.Weszłyśmy do ulubionego sklepu. Ekspedientka pomogła nam coś wybrać. Siedziałyśmy tam chyba z dwie i pół godziny aż znalazłyśmy to co nam się podobało. Syzane kupiła długą do kostek sukienkę bez ramiączek w pastelowych kolorach kwiatów więc wygląda bardzo wytwornie z nutka jej stylu. Do tego pastelowo miętowe szpilki i białą marynarkę w nowoczesnym kroju. Ja dla odmiany mam krótką, czarną sukienkę do połowy ud z tiulem i bez ramiączek ściąganą pod biustem. Idealnie przylegała do mojego ciała. Dobrałam czarne szpilki z ćwiekami i skórzaną kurteczkę. Mam już jedną ale nowa zawsze się przyda a jest delikatniejsza od tej mojej. W sam raz do sukienek ale z pazurem jaki lubię. dokupiłyśmy jeszcze jakieś błyskotki i zakupowego szaleństwa nadszedł kres. Nie wiedziałam, że tak fajnie i sprawnie nam wyjdzie. Nie mylili się że w centrum jest w czym przebierać. O nie zostało mi jeszcze jakieś pół godziny. Na szczęście mama Syz zadzwoniła do niej, że potrzebna jest w domu. Poszła do domu a ja śmignęłam taksówką na umówione miejsce. stanęłam przed wielgaśnym, mrocznym budynkiem i zawahałam się. Chcę tam iść? A jeśli to psychol? A jeśli coś mi zrobi? Ale z drugiej strony kto nie ryzykuje ten nic nie zyskuje tak? Otworzyłam wielkie drewniane drzwi i weszłam do środka. Było tak przeraźliwie zimno. Stał tam. Czytał jak mi się zdaje mangę. Spojrzał przez ramię i posłał mi ten sam złowieszczy uśmiechem.
- Jednak przyszłaś - powiedział spokojnym i opanowanym tonem. Powoli odłożył mangę na półkę i podszedł do mnie. Stał tylko krok ode mnie. Obserwowałam każdy jego precyzyjny i zwinny ruch. Wyciągnął do mnie dłoń i spojrzał mi w oczy.
- To jak? nie boisz się ze mną iść? - świdrował mnie tymi swoimi oczami. Zawahałam się ale podałam mu swoją dłoń. Prowadził mnie przez zawiłe przedziały które wydawały się być wielkim labiryntem. Wyszliśmy tylnym wyjściem. Nawet nie zdawałam sobie sprawy że jest tu cos takiego. Wyjście prowadziło na ogromny ogród. mój naszyjnik zaczął emanować jakimś dziwnym fioletowym światłem. Cały wibrował mi na szyi
- Co sie dzieje? Gdzie my idziemy? Co to za miejsce? - zaczęłam się lekko denerwować. a on prowadził mnie w milczeniu. Kazał zamknąć mi oczy. Nie chcę zamykać oczu! Żeby mnie potem udusił w tych krzakach?
- Chyba zwariowałeś, Rissel ja chcę być świadoma gdzie idę! - Zatrzymałam się gwałtownie aż go lekko pociągnęłam. Odwrócił się zdumiony.
- Nie ufasz mi? Zdumienie szybko zniknęło z jego twarzy i zastapił je nikczemny uśmiech. jego szczęka lekko drgnęła. Przybliżył się do mnie - Nie masz się czego bać. Proszę, po prostu mi zaufaj inaczej zrujnujesz cała moja ciężka pracę - powiedział to tak jakby wcale się nie napracował. Chyba że to tylko tak wypowiedział. W ogóle mu nie ufam. Co ja sobie myślałam? Że zabierze mnie na kawę i miło spędzimy czas? Nie, on mnie musiał wywlec przez tylne drzwi przerażającej księgarni do wielkiego ogrodu o którym nie miałam pojęcia. A do tego każe mi zamknąć oczy pewno przed tym jak mnie zamorduje. Nawet nie zauważyłam że drżały mi ręce i mój głos był nieco nerwowy. Cofnęłam się o krok. Złapał mie za ramiona.
- ufasz mi? - wyszeptał. Spojrzał mi prosto w oczy.
- Dobrze, tylko puść mnie już. Trochę za mocno - potrząsnęłam lekko ramionami bysie oswobodzić. ogarnął się trochę i mnie puścił. Ręką przejechał po swoich włosach i wyciągnął z kieszeni bordową apaszkę. Przewiązał mi bardzo delikatnie nią oczy i prowadził za obie ręce.Po kilkunastu krokach zatrzymaliśmy się jakby się wahał. Poczułam jak
przeszywa mnie chłód, jakby ściana zbudowana z chłodnego powietrza,
która zaraz zniknęła. Czułam, że skręcamy. Szliśmy tak chyba jeszcze przez 10 minut. Temperatura nieco poszła w górę. Ciągle wypytywałam się go czy już doszliśmy na miejsce. Milczał lub mnie uspokajał. W końcu się zatrzymaliśmy. Odsłonił mi oczy. Przede mną ukazała się piękna polana a przed nami drzewo. U jego podnóża lezał rozłożony koc w owocami i innymi przekąskami. W naszym mieście jest pełno takich prywatnych posiadłości z ogrodami w środku miasta. W końcu było prawie tak wielkie jak jedno państwo w dawnym podziale administracyjnym. Pewno to było jedno z nich. Widok mnie oczarował. Nie było tu słychać gwaru jaki tam jest. Totalne przeciwieństwo. Było pięknie, jasno i kolorowo. Magicznie. Poszłam kilka kroków na przód i przyglądałam się polance. Wciągnęłam w płuca czyste powietrze.
- gdzie my jesteśmy?
- Jesteśmy w Nakritte.
- Nakritte? Nigdy o tym nie słyszałam... Co to za miejsce, jest przepiękne.
- Dowiesz się w swoim czasie - Na chwilkę zamilkł - nie zaprzątaj sobie tym głowy, Chodź. - wskazał podbródkiem drzewo. Poszliśmy tam razem. Usiadł na koc i położył się na plecach. Zamknął oczy i rozkoszował się słońcem.Zrobiłam to samo lecz nie mogłam się powstrzymać by na chwilkę na niego popatrzeć. Nie zwróciłam na to wcześniej uwagi. Jego skóra była niemal przeźroczysta. Straszliwie blada i pokryta przeróżnymi tatuażami tylko jakby niewidocznymi na pierwszy rzut oka, prawie tak przeźroczystymi jak on sam.. Nie to co Gale. On był bardzo opalony. Ciało Rissela było niebiańsko wyrzeźbione. Jego zazwyczaj napięte mięśnie były teraz rozluźnione. A jego rysy twarzy były ostre i przystojne. zobaczyłam, że się uśmiecha.
- Wiem, że patrzysz
- Wcale ci się nie przyglądałam - zaprzeczyłam.
- Kłamiesz - odparł melodyjnie
- Nawet na mnie nie patrzysz
- nie muszę patrzeć żeby wiedzieć kiedy kłamiesz - otworzył oczy i spojrzał na mnie
- Ale co my tu właściwie robimy
- Pomyślałem ze chciałabyś się wyrwać od twojego... naszego świata- poprawił się niedostrzegalnie szybko. Dotknął moich włosów i przekręcił się na bok w moja stronę. Zbliżył twarz niebezpiecznie blisko bawiąc się kosmykiem i odsunął się. - chcesz cos do jedzenia?
- Tak,strasznie zgłodniałam. co my tu mamy?
Parę godzin spędziliśmy na jedzeniu i wymienianiu się ulubionymi kawałkami. Okazało się że mamy podobny gust muzyczny. tylko on woli nieco starsze zespoły a ja nowe i świeże. Nawet nie spodziewałam się, że możemy mieć tyle wspólnego. Nagle zebrał się wielki wicher. Mój naszyjnik znowu zacząłwypalać niemalże mi skórę. Rozejrzał się gwałtownie i wstał.
- Musisz stad uciekać- wrzasnął.
- Ale dlaczego? Zbiera sie tylko na deszcz
- Wynoś się stąd! Medalion cię poprowadzi! Nie każ mi używać siły.
Patrzył na mnie wściekły ale w jego oczach było widać emocje której nie mogłam sprecyzować. Ból z zaskoczeniem przemieszany z czułością i złością. Totalnie jak nie on. Zawsze twardy jak skała, nieprzenikniony. Nawet gdy tylko rozmawialiśmy jeszcze kilkanaście minut temu wydawał się być nieugięty w swoim cwaniactwie i tajemniczości. Nie dawał mi dotrzeć do siebie bardziej niż sam na to pozwolił.
Stałam jak ściana. Moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Nie mogłam się ruszyć. ryknął na mnie tak ze moje całe ciało zostało sparaliżowane.
- WYNOŚ SIĘ STĄD! - usłyszałam przenikliwe warknięcie.
Nie myśląc pobiegłam a intuicja sama mnie prowadziła. Nawet nie wiedziałam że wiem jak się tak szybko dostać do wyjścia chociaż że przez połowę drogi miałam zawiązane oczy. Czułam ciepło na szyi. To naszyjnik sprawiał że wiedziałam gdzie iść. Wydostałam się i dysząc zatrzasnęłam za sobą wielkie drzwi. Co się właśnie stało?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz