Zaczęłam powoli rozwiązywać i ściągać buty w korytarzu by
mieć trochę więcej czasu by opanować emocje, powiesiłam
kurteczkę i spojrzałam na lusterko na ścianie. Gdyby nie te
czerwone oczy wyglądałabym całkiem normalnie.
- Czy to ty? - Zawołała mama z salonu.
- Tak, to ja. Już wróciłam.
Poszłam w stronę pokoju. Mama siedziała na sofie a w
telewizorze grał jakiś teleturniej. Obok niej na stoliczku leżał
czerwony kubek w białe kropki, który kupiłam jej na święta tamtego
roku. W powietrzu wyczuwalna była woń kawy, pewno taka była
zawartość kubka. Szczupła kobieta, bardzo ładna i wysoka , mimo swojego wieku wyglądała prawie jak moja siostra,
była bardzo urokliwa kobietą o tak samo czarnych ale już nie tak
prostych jak moje włosach. Na nosie miała okulary i opatulona kocem
rozwiązywała krzyżówkę z wielkim przejęciem. Mam dwa wyjścia.
Jakoś ugrać, że wszystko gra a później się rozpaść na
kawałeczki, udać ze wszystko jest w porządku, pogadać trochę z
mamą by ją w tym upewnić i mieć spokój do reszty dnia albo po
prostu myknę do pokoju ale raczej nie da mi potem spokoju. Cóż,
chyba to pierwsze wydaje się lepsza opcją. Usiadłam koło niej po
turecku i nakryłam się kocem. Zdobyłam się na jak najszczerszy
uśmiech jaki było mnie stać i zapytałam:
- Jak minęła ci randka?
- Lepiej niż się spodziewałam. Nazywa się Timothy Landthrott i
jest bardzo dobrym dentystą. Czy mówiłam ci że tam go poznałam?
Wiesz jak byłam wyleczyć tą przeklęta dziurę.
- Nie, chyba mi o tym nie mówiłaś
- Czy coś się stało? Masz czerwone oczy.
- W powietrzu pełno jest pyłków a wiesz jak mój organizm na
nie reaguje, ciągłe kichanie, ta alergia – Pociągnęłam nosem
dla efektu.
- Ah tak, a bierzesz te tabletki co ci dałam?
- Biorę? Dobra, zapomniałam o nich ale będę brała.
- Mówiłam ci że alergia się od nich zmniejszy.
- A pro po, przystojny jest?
- Nawet jak, lekki zarost. Mocne rysy twarzy. Ciemne włosy,dobrze
zbudowany, wysoki. Byleby tylko nie okazał się być draniem.
- Jak tylko coś ci o tym będzie wiadomo wal do mnie a ja się z
nim policzę. - udałam mięśniaka.
- Dobrze, masz to jak w banku – przybiła mi żółwika.
- Idę już do siebie, potem przyjdę jeszcze do ciebie.
- No to idź słonko.
Wstałam i wyszłam z pokoju, po czym wbiegłam na górę. Po
drodze czułam jak łzy zbierają mi się pod powieki. Weszłam do
pokoju, usiadłam przed łóżkiem i oparłam plecy o nie. Nie wiem
dlaczego ale cichy szloch miażdżący mnie od środka nie dał się
powstrzymać. Rozłożyłam ręce z zaskoczenia dlaczego tak się
dzieje. Nikt nie umarł , uspokój się. Ale myśl o stracie ich
obojgu zabolała. Myślami zaczęłam szukać ratunku. Telefon. Gdzie
ja go ostatnio wyrzuciłam? Poraczkowałam w miejsce gdzie błyszczała
lśniąca obudowa.
- Syzane? - Zaskoczył mnie mój zachrypnięty głos od szlochu.
- ty płaczesz? - wyszeptała do słuchawki.
- Przyjedź do mnie, proszę Syz. - Mówiłam z przerywanym
oddechem by się jak najbardziej uspokoić.
- Co się stało? Albo nic nie mów, zaraz do ciebie przyjadę.
Daj mi 10 minut. - I przerwało połączenie.
Podeszłam do komody z lusterkiem i położyłam na nim telefon.
Spojrzałam na siebie w lusterku i zobaczyłam kogoś innego, nie
mnie. Nie uśmiechniętą i pewną siebie tylko dziewczynę, która
na chwilę obecną nie wie gdzie jest. Otarłam łzy z policzków,
poprawiłam włosy, ale nic to nie dało. Ostatni raz płakałam tak
na pogrzebie mojego ojca. Albo gdy Annie wysłała wszystkim moje
fotki z szatni w samym staniku. Lub nawet gdy Syz złamała nogę w
wypadku. Pamiętam jak walnęła mnie w głowę i mówiła – To
tylko noga, ciesz się że nie serce, to to dopiero boli. Próbowała
udawać wtedy twardą ale wiedziałam że ją bolała, złamanie w
kilku miejscach boli jak cholera.
Usłyszałam jak coś podjeżdża pod dom i po chwili dzwonek do
drzwi.
- Syzane Kochanie! Silvia jest na górze. Idź do niej – z dołu
wydobył się głos mamy.
Stukanie po schodach i zaraz w drzwiach stanęła moja
przyjaciółka. Podeszłam do niej i przytuliłam ją najmocniej jak
umiałam. Ona zaskoczona przytuliła mnie lekko a potem mocniej.
- Co się stało? - spytała spokojnym głosem.
Puściłam ją i usiadłam na łóżku, poklepałam miejsce obok
siebie. Podeszła i usiadła obok.
- To powiesz mi?
Wahałam się chwilkę i spojrzałam na nią.
- Gale mnie nienawidzi.
- Jak to nienawidzi? Co ty?
- Bo pamiętasz jak mówiłam ci, że spotkałam pewnego chłopaka,
wtedy w kozie. Ja nie myślałam, że... Tak dam się ponieść
emocjom. Znasz mnie, wszyscy inni zazwyczaj przechodzili w nicość.
Ale z nim łączy mnie jakaś więź – bardziej tajemnica niż więź
ale nie mogę jej tego wszystkiego powiedzieć – myślałam, że to
tylko kolejny, który chce się tylko pobawić. Polubiłam go, nawet
bardziej niż sądziłam i gdy byłam z nim w kawiarence, wychodząc
dojrzałam Gala, a on nas. Nawet nie wiesz jak chciałam zapaść się
pod ziemie. Jaka ja jestem głupia. Zaczęli okładać się
pięściami, obydwoje, jak samce alfa. Jak jakieś dzieci. Nie mogłam
znieść tego widoku i uciekłam a w zaślepieniu mało nie
potrąciłby mnie samochód ale Rissel odepchnął mnie i zarazem
uratował. Przeżył, ale ani jeden, ani drugi mi chyba nie wybaczy.
Jestem głupa.
Położyła rękę na moim ramieniu
– Przestań, nic się nie stało. Serce nie sługa. Mojemu
głupiemu bratu właściwie się należało. Tyle lat bawił się
tobą a teraz nagle wielce zazdrosny. A i to dlatego dzisiaj
powiedział, że idzie na bal z Annie.
- Bal... Zapomniałam zupełnie.
- Słuchaj, idziemy we wtorek na kręgle, rozerwiesz się z nami.
I mam strasznie głupi pomysł.
- Ty masz same głupie pomysły – uśmiechnęłam się lekko.
- Przyjdź z nim No wiesz. Chcę poznać gościa który tak
ogłupił moja przyjaciółkę.
- wcale nie ogłupił. - szturchnęłam ja lekko w ramie a ona
mnie przytuliła. - ale on się przecież do mnie nie odzywa. Może
zostanę w domu.
- Nie ma, jutro w szkole pójdziesz do niego i go zaprosisz. Tylko
go nie przepraszaj. Wiedział, że byłaś z Galem a mimo to i tak
zajmował ci czas sobą. No nie mów ze go przeprosiłaś.
- Tak ,to wszystko moja wina, to ja się w sumie bawiłam nimi.
- Weź się w garść, śnieżko! To zawsze jest wina facetów
nie?
- Zostaniesz dzisiaj u mnie? Nie zostawiaj mnie samej.
- Masz to jak w banku!
Resztę wieczoru spędziłyśmy śpiewając do dezodorantów i
oglądając głupawe, łzawe komedie romantyczne. Co jak co ale takie
filmy poprawiają humor chyba najbardziej na świecie, mimo że
dołują, ale zawsze lepiej popatrzeć jak ktoś ma problemy niż na
swoje, ale w filmach zawsze są dobre zakończenia i podświadomie
chcemy też takie mieć. Opowiadała mi trochę o randkach z Robem,
co robili, gdzie poszli a ja w zamian bardziej szczegółowo
opowiedziałam jej wszystkie moje spotkania z Galem i Risselem. Tak
bardzo bym chciała nie iść jutro do szkoły.
Nazajutrz pożyczyłam jej trochę moich ubrań, ogarnęłyśmy
się, zjadłyśmy obfite śniadanie i pojechałyśmy jej samochodem
do szkoły. Nadal zastanawiam się nad dobą dlaczego nie zrobiłam
prawa jazdy, Syz zdała je za pierwszym razem to mi też by się
pewno udało. Prawie każdy 16 latek u nas w szkole ma zdane prawko a
parkingi lśnią od samochodów. Przechodząc korytarzem miałam
dziwne wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą. Albo może mi się
zdaje. Wiedziałam, że coś tu smierdzi, w nasza stronę zmierza
Annie i jej świta. Blond tapeciara i ta pusta farbowana brunetka.
Gdyby one chociaż używały trochę swojego mózgu, ale nie bo po
co.
- Cześć wieśniary, gdzie kupiłyście te bluzeczki, z second-
handzie?
- ciebie tez niemiło widzieć – odparłam ze sztucznym
uśmieszkiem.
- Czego ty znów chcesz? Jeśli myślisz, że się przymilisz i
damy ci ściągnąć z testu to się mylisz, niech ludzie zobaczą
jaka jesteś pusta bez wyręczania się innymi. - dogryzła jej
Syzanne.
- Chciałam się tylko spytać czy wybieracie się na bal obejrzeć
mnie jak zostaję królowa balu – Udała, że to co powiedziałyśmy
ją uraziło – A Gale będzie MOIM królem. - Popatrzyła na
paznokcie, zaśmiała się z przyjaciółeczkami i poszła kręcąc
koparą na wszystkie strony.
Co za jędza, zawsze znajdzie pretekst by móc człowieka zrównać
z ziemią.
- Nie przejmuj się tą lalunią. Jeśli woli kretynki proszę
bardzo. - wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do mnie z
czułością. - A pro po, pamiętasz co mi wczoraj obiecałaś?
- Rozmyśliłam się? Nie każ mi tego robić, jakby chciał już
by się do mnie odezwał.
- Bo zaciągnę cię do niego siłą, o chyba nawet tam stoi. Tam
przy drzewie.
- Ani się waż, jeszcze nie teraz, potem do niego pójdę.
Spojrzał się na nas obojętnym spojrzeniem, zarzucił plecak na
plecy i poszedł przed siebie. Odprowadziłam go wzrokiem i poszłam
na lekcje. Całą lekcję nie mogłam skupić się na niczym. To
patrzyłam w okno, to pustym wzrokiem w tablice, lub zeszyt. Robiłam
to co mi kazano bez żadnych interakcji. Po lekcjach usiadłam ze
wszystkimi na naszym trawniku a oni częściowo pozwolili mi
zapomnieć o tym wszystkim. Syz szturchnęła mnie w ramie i wskazała
podbródkiem na Rissela który stał przy samochodzie i patrzył się
na nas. Nachyliła się do mnie i szepnęła.
- Idź do niego. Teraz albo nigdy.
Odetchnęłam, nabrałam pewności siebie i pomaszerowałam do
niego. Odwróciłam się jeszcze by dodała mi otuchy, wystawiła w
moja stronę uniesione kciuki i wróciła do rozmowy ze wszystkimi.
Światło słoneczne idealnie go teraz oświetlało, jego blond
włosy wyglądały nieziemsko a on sam bardzo przystojnie i groźnie.
Ręce wsadzone miał w tylne kieszenie spodni. Zwykły, biały
podkoszulek z bordowymi męskimi rurkami i bransoletkach na rękach
sprawiały, że wyglądał niezwykle męsko. Zawahałam się, bo
przecież ostatnio o mało go nie zabiłam. Ale czy anioła można
zabić? Nie wiem czy nie zraniłam go tym, myślałam, że wie o
Galu, że wie o tym wszystkim. Przecież powinien wiedzieć, jest
moim aniołem stróżem do cholery. To jakie może mieć pretensje,
on sam to zaczął. Tak, to on zaczął. Stanęłam kilka kroków
przed nim.
- Nie odzywałeś się.
- A miałem? Myślałem, że nie chcesz nie znać. - ujrzałam
zaciekła iskrę w jego oczach.
- Nie musiałeś się z nim bić, przecież wiedziałeś, że
będzie wściekły widząc mnie z kimś innym.
- Było warto. Bić się o kogoś takiego jak ty jest warto. -
spojrzał na bok gdzieś w przestrzeń. Automatycznie odwróciłam
głowę w ta samą stronę. Pewnym krokiem w naszą stronę szła
Annie. Przechodząc widziałam zainteresowanie w jej oczach. Puściła
mu oczko i pomachała. Rissel zimno przejechał ją z góry na dół i
zwrócił się w moją stronę. Spojrzał na mnie tym samym wzrokiem
prosto w oczy. Podszedł kilka kroków. Już nie dzielił mnie żaden
dystans.
- Gdybym chciał, byłaby moja. Ale nie chcę.
- To dlaczego byłeś taki wściekły na mnie?
- Byłem wściekły na siebie, kruku. - Nasze twarze były teraz
niebezpiecznie blisko. - A po części nie dawałem rodzicom do
zrozumienia, że coś jest na rzeczy. A do tego ojcu Zafkielowi,
który przynosi sprawiedliwość Boga i przewodzi Tronami od trudnych
doświadczeń, wyzwań i niebezpieczeństw nie chciałbym mu podpaść.
- Zakręcił kosmyk moich włosów wokół palca i uśmiechnął się
tak jak zawsze – złowieszczo. - Ale nie martw się. Nie musisz.
- A co się stanie gdy twój ojciec dowie się o wszystkim? Dowie
się o mnie?
- Cii – przytknął mi lekko palec do ust – Wszystko jest pod
kontrolą. - Po co przyszłaś? Chyba nie tylko po to by zbesztać
mnie, że do ciebie nie dzwoniłem – podniósł jedną brew.
- Zastanawiałam się, czy nie pójdziesz ze mną i przyjaciółmi
we wtorek do kręgielni.
- Zapraszasz mnie na randkę? - grymas oblał całą jego twarz w
bezlitosnym uśmiechu.
- to nie jest randka, pomyślałam że miło by było gdzieś
wyjść razem. - trochę się zdenerwowałam. To miała być randka?
Nie. Tylko wypad ze znajomymi a on jeszcze kpi sobie ze mnie.
- Czyli randka. - Podnosząc głowę musnął swoim nosem mój –
W co mam się ubrać? Nie wiem, będę musiał iść na zakupy chyba
– spojrzał sobie na paznokcie jak typowa modnisia i się zaśmiał.
- wiesz daruj sobie, odwołuję zaproszenie – spojrzałam na
niego pochmurnie i odwróciłam się. Nikt nie będzie stroił sobie
ze mnie żartów. Zacisnęłam pięści i ruszyłam do przyjaciół.
- Poczekaj, przecież tylko żartowałem. Chyba się za to nie
obraziłaś?
- O co ci właściwie chodzi, hmm?
- O której?
- Co o której? - drygnęłam z niezrozumienia.
- Kiedy mam po ciebie przyjechać?
- Bądź o 17 i jak nie wiesz co ubrać to różowe okulary i
trykot – wzniosłam oczy do nieba i pomaszerowałam do reszty. W
duchu cieszyłam się z tego co zrobiłam ale i tak to pajac.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz