sobota, 27 kwietnia 2013

Rozdział V

Wychodząc z lokalu zostawił pieniądze z napiwkiem na stoliku i wyszliśmy. Nadal obejmował mnie ramieniem, opowiadał mi jakiś głupi kawał , który mnie rozśmieszył. Gdy odwróciłam twarz od niego w szerokim uśmiechu naprzeciwko nas stał Gale na stacji benzynowej i tankował samochód. Podśpiewywał sobie pod nosem, obrócił się w naszą stronę i znowu na samochód. Szybko spojrzał jeszcze raz na nas i otworzył oczy w z zaskoczenia. Na twarzy przemknęła mu złość i nieco zazdrości. Skończył tankować, zamknął uchylone drzwi od samochodu i ruszył w nasza stronę. Rissel nadal coś mi opowiadał ale ja zatrzymałam się i momentalnie pobladłam na twarzy. Poczułam wielką chęć by właśnie w tej chwili pobiec sobie przynajmniej 3 kilometry prosto przed siebie. Albo zamienić się w strusia pędziwiatra i pognać gdzie pieprz rośnie. Przez barierę szczęścia wbiła mi się kropla paniki. Anioł spojrzał na mnie zaskoczony.
- Zobaczyłaś ducha? - przystanął razem ze mną i spojrzał tam gdzie zatrzymał się mój wzrok.
Ku nam zmierzał Gale, tak samo wysoki i dobrze zbudowany jak mój Stróż. Miał na sobie czarne bojówki i biały podkoszulek, Granatowa bluza została na samochodzie. Szedł prosto na nas. Rissel spojrzał na mnie potem na niego i puścił mnie. Stanął w lekkim rozkroku krok przede mną. Nie widziałam jego twarzy, ale na pewno uśmiechał się wyzywająco. Zakryłam ręką usta. Gale podszedł do niego i wymierzył mu mocny, celny strzał w szczękę. Nie czekając wbiłam się pomiędzy Rissela, który właśnie złapał się za szczękę i chciał mu oddać.
- Przestańcie! - krzyknęłam panicznie.
Gale spojrzał mi prosto w oczy ze złością i bólem.
- To to miałem ci wybaczyć? - wręcz wypluł te słowa z wyrzutem.
- To nie tak – Byłam cała roztrzęsiona, czułam jak głos mi się łamie.
- Zostaw ją – wtrącił Rissel z kpiącym uśmieszkiem – to teraz nie jej, ale nasza sprawa.
- Zwariowałeś? - rzuciłam panicznie. Stanęłam tyłem do Gala i przodem do Rissela błagając go spojrzeniem by się opamiętał. Patrzyłam raz na niego a raz na Gala.
Gale zacisnął pięści aż zbielały mu kostki, odepchnął mnie na bok i niemalże skoczył na Rissela. Ten odepchnął go z pełną gracją i uderzył go pięścią. Zaczęli się okładać. Czułam jak pieką mnie oczy. Stałam bezradna i patrzyłam jak ranią się nawzajem fizycznie a mnie psychicznie.
Wykrzyknęłam jak najgłośniej się dało przez łzy – Przestańcie!
Obrócili jednocześnie głowy w moja stronę. Popatrzyłam się na jednego potem na drugiego.
- Nie chcę widzieć na oczy żadnego z was! Co wy robicie? - Objęłam rękami swoje ramiona.
Odwróciłam się i zaczęłam iść szybkim krokiem w stronę, której jeszcze nawet nie znałam. Byleby iść przed siebie. Byleby jak najdalej. Chciałam by ktoś za mną teraz pobiegł, ale kto? Zezłościłam się na samą siebie i ruszyłam jeszcze szybciej, niemal biegłam na ślepo. Łzy rozmazywały mi drogę. Zobaczyłam jak gnają na mnie dwa światła. Czyjeś ciało nagle odepchnęło mnie na bok. W szoku odwróciłam się i spojrzałam na klękającego tuż przed samochodem Rissela zmachanego i poturbowanego, opierał się rękami o asfalt. Spojrzał się na mnie oczami przepełnionymi bólem i troską. Samochód cofnął kilka centymetrów do tyłu. Zakryłam rękami usta i podbiegłam do niego. Kucnęłam przy nim i objęłam jego policzki rękoma.
- Nic ci nie jest? - Wyszeptałam w wielkim szoku, zaskoczenia i dezorientacji. Zaczęłam badając go wzrokiem czy nic mu się nie stało. Zdjął dłonie z policzków i wstał podpierając się na jednej nodze. Podniósł mnie za ramiona i skamieniał na twarzy.
- Gdybym nie zdążył... - Wściekł się trochę Ale zaraz uspokoił – Przepraszam cię, naprawdę. Przepraszam. Nie powinienem - Pokuśtykał bliżej mnie.
- Samochód, czy... - Wciągnęłam szybko powietrze, proszę żeby nie...
- Nic mi nie będzie - Rozejrzał się nerwowo – Wiesz przecież.
Z samochodu wyszedł starszy mężczyzna w garniturze i telefonem w dłoni. Cały spanikowany oblał nas spojrzeniem.
- Nic ci nie jest? A tobie? Rozmawiałem przez telefon i zjechałem lekko na chodnik zaraz wezwę karetkę. Zapłacę odszkodowanie, ile będzie trzeba.
- Nie trzeba. Może pan jechać – odparł oschle i twardo Rissel.
- Ale przecież... ja cie... musisz jechać do szpitala! - Panikował mężczyzna.
- Powiedziałem, nic mi nie jest. Dziękuję za troskę. - Zbył faceta. - Proszę jechać, albo wezwę policję.
- Dobrze, już. Niech Bóg ma was w opiece dzieci.
Spojrzał się w górę i prychnął – Dzięki za przypomnienie – wyszeptał do siebie. Złapał się dłonią za głowę i odwrócił w moja stronę.
- Odwiozę cię do domu - Z jego oczu nie mogłam odczytać nic. Jakby zablokował się dla mnie. Ruszył w stronę samochodu. Bez słowa niepewnie poszłam za nim. Gala już nie było. Nigdy mi nie wybaczy. Próbowałam powstrzymać nową falę napływających łez. Wsiadłam za nim do samochodu i jechaliśmy do domu. Całą drogę nawet się nie odezwał. Cisza aż kuła w uszy i szczypała w usta. Ale to wszystko moja wina. Nie mogę teraz powiedzieć nic na swoją obronę. Gdybym nie... Nie narobiła nadziei Galowi i gdybym nie spotkała Rissela, albo przynajmniej odepchnęła go przy pierwszej okazji on nie znalazł by się na ulicy potrącony przez samochód, Gale nie musiałby być poraniony przez jego pięści. Nie czułby teraz tyle bólu który mu zafundowałam. Podkuliłam kolana do twarzy i zakryłam je dodatkowo rękami. Podjechaliśmy na podwórko pod domem. Patrzył  beznamiętnie w przestrzeń przed samochodem. Spojrzałam na niego już opanowana.
- Wszystko przeze mnie, to ja przepraszam.
Nie czekając na odpowiedź wysiadłam z samochodu i potruchtałam w stronę domu. Nie odwracając się weszłam do niego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz